Jak powstawały Rozmowy nad Oceanem

Wiosna roku 2021. Cyrkulując między Polską a Sycylią wreszcie dokończyłam rozpoczętą na La Palmie serię obrazów „Talking with the Ocean”, czyli „Rozmowy z Oceanem”. To moja druga spójna seria oceanicznych obrazów namalowanych we współpracy z Atlantykiem, po to by jego magiczna moc mogła „czarować” na ścianach domów, które nie koniecznie stoją nad jego brzegiem. Malowane na drewnianej sklejce, przepełnione błękitem, którego ponoć chce się dotykać – to pewnie zasługa trójwymiarowej struktury piasku z plaży, ze szczyptą ognia wulkanu i spokoju Ziemi. Seria tworzona kilka miesięcy podczas wielu godzin medytacji, lecz nie bez perypetii. Chcesz wiedzieć jak powstawała ta oceaniczna kolekcja? Oto historia.

Warstwa 1: Szepty Oceanu


Jesień roku 2020. Byłam na La Palmie, czyli w raju i w tym raju miałam kryzys. Nie wiedziałam, co dalej zrobić ze swoim życiem. Już dużo czasu minęło odkąd wyruszałam w podróż po siebie. Miałam wrażenie, że Kosmos daje mi wskazówki, ale że dostaję je na raty i jakoś nie po kolei. Nie wiedziałam, jak skleić te strzępy informacji – puzzle jakoś nie chciały ułożyć się w całość. Poszłam, więc na pielgrzymkę nad Ocean z pytaniem, jaka jest moja misja. Ku mojemu zaskoczeniu odpowiedź dostałam jasną i szczegółową, ale tak nieoczekiwaną, że aż nie mogłam uwierzyć. Ocean bowiem stwierdził, że jestem… Turkusową Szamanką i moim zadaniem zaklinać sny i marzenia poprzez sztukę. Więcej o tym przeczytasz w ostatnim wpisie- „Jak Ocean powiedział mi, że mam zostać Turkusową Szamanką . Powiedział też, że zanim zostanę ową Szeptunką snów i marzeń, muszę wykonać serię zadań bez ich podważania.

Pierwszym moim zadaniem było malowanie obrazów na plaży, wsłuchiwanie się w pieśń fal i wydobywanie z niej koloru – wszelkich odcieni błękitu. Tak też zrobiłam. Kupiłam dwadzieścia kilka podobrazi ze sklejki, bo to akurat było dostępne na La Palmie. I poszłam nad Ocean. Część podobrazi namalowałam od razu, a potem Ocean poddał mnie pierwszej próbie wytrwałości – szalał przez kilka miesięcy tak, że nie było plaży – całą zalewał. Musiałam cierpliwie poczekać. Ale potem, jak się uspokoił, leżałam całe godziny na jego brzegu i wsłuchiwałam się w czułe szepty fal, a potem malowałam. Tak powstały pierwsze warstwy obrazów – pełnia niebieskości z dodatkiem czarnego wulkanicznego piasku z dzikiej części plaży w Puerto Tazacorte i jeszcze dzikszej Playa Enchantiva.

Warstwa 2: Dary ziemi

Potem miałam codziennie spędzać czas z tymi obrazami i powoli przetwarzać je w kolaże, dodając do nich dary ziemi. Miałam całą kolekcję patyków, kamyczków, suszonych liści bananowca i wnętrza kaktusa i te ostatnie stały się ostatecznie częścią obrazów.

Warstwa 3: Miękkość

Zaaranżowałam studio pod sosną z widokiem na ocean. To było dla mnie specjalne miejsce – przystań do której przybijałam, żeby wymedytować ciszę w głowię i harmonię w sercu. Sosna ta była moją przyjaciółką, coachem, łącznikiem z mądrością polskich prababek. I właśnie tam pod tą sosną odkryłam, że nie mam farby, żeby zrobić poprawki. Pojechałam kilkanaście kilometrów, do jedynego w okolicy sklepu artystycznego i jakież było moje zdziwienie: moje kolory znikły! Wiedziałam, że na tę dostawę trzeba było czekać długo, bo La Palma to w końcu wyspa niemal odcięta od świata.

Tego typu kryzysy uruchamiają kreatywność. A może to Sosna podpowiedziała mi rozwiązanie? Kilka dni wcześniej zaplatałam sobie warkoczyki, jak na Syrenę przystało – niebieskie. Po tym rytuale zostało mi sporo włóczki, zaczęłam ją przykładać do obrazów – ot tak, z ciekawości. W ten sposób każdy z obrazów zyskał włóczkę lub inne skrawki materiałów.

Warstwa 3: Cierpliwość wody, wędrówki wiatru

Dwa dni po tym, jak zorganizowałam sobie studio pod sosną, spadł deszcz – rozpoczęła się zima stulecia na La Palmie. Takich deszczy na wyspie podobno nie widziano od pięćdziesięciu lat. Wysuszone na wiór zazwyczaj wąwozy wypełniły się strumieniami. Spragniona natura gasiła pragnienie, a ja musiałam uczyć się cierpliwości, gdyż nie miałam innego miejsca na tworzenie. Szybko straciłam i te, bo zawiał wiatr, który porwał mnie na Sycylię

Byliśmy zmęczeni z partnerem naszym stylem życia w namiocie z kuchnią polową – zima okazała się zbyt wilgotna. Zaczęliśmy się rozglądać za czymś bardziej cywilizowanym, żeby odpocząć a potem chcieliśmy ruszyć na Sycylię. Ojciec mojego partnera chorował. Zaczęliśmy szykować koty i samochód do wielkiej podróży. Wtedy zadzwonił telefon, który kazał nam wsiąść natychmiast w samolot zostawiając koty pod opieką koleżanki. Część z obrazów połamałam na mniejsze kawałki, bo nie wszystkie mieściły się do bagażu podręcznego, trzeba było je upchnąć. Z części odłamków póżniej powstały te trzy obrazy.

Warstwa 4: Zapach morza, siła wulkanu


W domu rodzinnym Lubego rozsiadła się Śmierć i czekała, aż staruszek będzie gotowy za nią podążyć. Parter próbował zatrzymać ojca. Nie były to dobre wibracje na kontynuacje projektu. Dalej trenowałam cierpliwość. W wolnych chwilach zabierałam obrazy nad morze i pod Etnę – wulkan rozgrzewający Sycylię, żeby odpoczęły i naładowały się pozytywną energią. Obrazy nabierały na sile.

Warstwa 5: Przytulność korzeni

Kiedy partner walczył o zdrowie ojca, ja poczułam potrzebę spotkania za swoją rodziną, której nie widziałam przez pandemię ponad rok. Podążyłam za wołaniem, gdy dowiedziałam się, że moja ukochana 16-letnia kotka, której nie dałam rady zabrać ze sobą na La Palmę, a za którą ogromnie tęskniłam, zaczęła zmagać się z chorobą nerkową. Po powrocie do Polski, wyściskałam wszystkich serdecznie i skupiłam się na kocie. Kota odżywała.

Zabrałam ją i obrazy na działkę mojej babci. Tam w drewnianym, nieogrzewanym domku wracałam z moją wewnętrzną dziewczynką do niegdysiejszych wakacji. Miały tulący smak poziomek i bezpieczeństwa. Razem z Kotą Żabą odzyskiwałyśmy harmonię. Pomagał nam zapach sosen i mokrej trawy. Byłam gotowa by znów pomedytować nad obrazami. Każdego dnia pojawiał się na nich jakiś element – a to kaktus przywieziony z Sycylii, a to włóczka, fragment materiału z mojego syreniego ogona lub nawet skrawki moich pierwszych obrazów. Czułam, że ukorzenienie, powrót do ziemi przodków zadomowiają się w moim ciele i w obrazach. Gdy skończyłam proces, poczułam że domknęłam zaczętą przed laty podroż. Zadanie, które wyznaczył mi Ocean, było zakończone.

Oprawa: Moc oceanu

Gdy jeszcze reżyserowałam spektakle, tak naprawdę w pełni zaczynałam rozumieć, co tworzę, kiedy spektakl był gotowy. Każda scena była tylko puzzlem większej układanki, którą reżyserując dopiero przeczuwałam i dopiero odpowiednio ułożona dawała jakieś znaczenie. Tak też się stało teraz. Dopiero po zobaczeniu wszystkich obrazów naraz, zrozumiałam po co Ocean kazał mi je malować. Kiedy zobaczyłam całą serię, poczułam ich moc. Pomyślałam, że każdy z obrazów jest medytacją samą w sobie, która może przynieść ukojenie nie tylko mi, ale i innym. Że jeśli ktoś powiesi je na ścianie poczuje, jakby wpuścił bezkresną przestrzeń do swojego domu. Jeśli będzie się wpatrywał w wybrany przez siebie obraz, odnajdzie w sobie siłę Oceanu lub otuli się błękitem, w zależności czego akurat będzie potrzebował. Dlatego jestem wdzięczna, że byłam wytrwała i nie poddałam się, kiedy nadchodziły kolejne próby.

Obrazy powoli wędrują do nowych domów. Nie mam za dużo czasu, by obwieszczać Światu, że istnieją, bo już jestem w kolejnej podróży zmieniającej życie, w kolejnym zadaniu, jakie zostało mi wyznaczone przez przeznaczenie, ale to już historia na inną okazję. Wierzę jednak, że każdy z obrazów trafi do właściwej osoby, kiedy akurat go będzie najbardziej potrzebowała. Zobacz sobie galerię kolekcji. Może któryś z obrazów do Ciebie przemówi i poczujesz, że był malowany specjalnie Ciebie.

Opublikowano

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *